piątek, 21 lutego 2014

Od Jose - C.D Suzanne - ' W oczach Jose' - KONKURS

Dzień jak każdy inny. Po nocy spędzonej w towarzystwie Taigi zasnęliśmy nad ranem. O 7 niechętnie wstałem z łóżka i pocałowałem w czoło ukochaną. Wyciągnąłem z szafki jasne jeansy, błękitną podkoszulkę i czyste bokserki. Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Ogoliłem się i zmieniłem tunele na błękitne. Westchnąłem widząc siebie w lustrze i chowając telefon do przedniej kieszeni spodni, a portfel do tylnej zbiegłem na dół. Jak co rano moja kostka leżała pod ścianą w korytarzu. Zarzuciłem sobie ją na prawe ramię i wyszedłem z domu. Zamknąłem dokładnie drzwi, aby nikt nie wszedł gdy Tai śpi. Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę księgarni. Zatrzymałem się i spojrzałem na wielki napis ‘Trzecie Oko’. Z dużego ‘o’ było zrobione oko, a daszek ‘T’ ciągnął się wzdłuż reszty napisu. Wszedłem do środka i od razu zobaczyłem Charliego, mojego wspólnika.
- Musimy poprawić szyld – przyznałem w końcu.
Chłopak się roześmiał i pokręcił rozbawiony głową.
- Zamiast się cieszyć, że mamy duże obroty wśród naszej rasy, wampirów, wilkołaków, już nie wspominając o ludziach, to Ty się martwisz jakimś szyldem?! – Roześmiał się głośno
- No co? Nowi kupcy nie przyjdą, jeśli nie będzie ich wszystko zachęcało – wytknąłem.
- Tak, tak. – Roześmiał się.
Pokręciłem głową i westchnąłem ciężko.
- Zero zrozumienia – poskarżyłem się idąc na zaplecze.
Moje skarga jeszcze bardziej rozśmieszyła czarodzieja.
- Ty byś lepiej zrobił, gdybyś zadzwonił do naszych zielarzy – zawołał.
- Po co? Mamy na zapleczu jeszcze zioła i w składziku – zauważyłem.
- Ale już niektóre na wykończeniu – przyznał.
- Zrobiłeś listę?
- Tak. Jest na Twoim biurku.
- Dzięki – Zawołałem i mimo tego, że nie mógł tego zauważyć, uśmiechnąłem się szeroko do siebie.
Wszedłem do środka swojego gabineciku i się rozejrzałem. Nie był za duży. Raczej mały, skromny pokoik. Pomalowany na delikatny odcień błękitu, sufit na blado-żółty. Rzuciłem kostkę na małą kanapę obitą ciemnozieloną skórą, która się wyróżniała od wystroju pomieszczenia. Biurko z ciemnego drewna i masywny drewniany fotel, również obity ciemnozieloną skórą. Usiadłem za biurkiem, na fotelu i otworzyłem swojego laptopa. Zacząłem wszystko załatwiać i dzwonić do kogo trzeba.
[…] Po 16 zacząłem się zbierać. Zamknąłem swój gabinecik i wróciłem do księgarni. Pomogłem jaszcze kilku mężczyzną, a raczej czarodziejom, którzy szukali odpowiednich ksiąg na temat magii. Sprzedałem je i zarzucając swoją kostkę na ramię wróciłem do domu. Jak chyba zawsze, Tai już nie spała tylko pichciła w kuchni. Rzuciłem plecak pod ścianę i ściągnąłem skórzaną, czarną kurtkę. Wszedłem do kuchni i objąłem Taigę w talii. Pocałowałem ją za uchem, a dziewczyna się uśmiechnęła.
- Zawsze będziesz tak robił? – Spytała z uśmiechem.
- Dopóki ze mną będziesz i będę spotykał Cię w kuchni – obiecałem i pocałowałem ją w szyję.
Tai zadrżała pod moim dotykiem, a ja uniosłem kąciki ust.
- Zrobiłam jedzenie – powiedziała w końcu.
- Czuć już nawet na klatce schodowej – roześmiałem się.
- Aż tak? – Spytała zdziwiona
- Tak – przytaknąłem i objąłem ją mocno.
W końcu puściłem ją i wyciągnąłem z szafki talerze. Taiga nałożyła na nie ugotowany już ryż, upieczone udka kurczaka i polała to wszystko sosem. Poszliśmy do salonu i usiedliśmy na kanapie. Mimo tego, że danie było jeszcze gorące postawiłem sobie talerz na kolanach i objąłem jednym ramieniem ukochaną. Roześmiała się głośno i pocałowała mnie w policzek.
- Jedz – rozkazała.
- Dobrze, już dobrze – zaśmiałem się cicho i złapałem drugą dłonią za widelec.
Zacząłem jeść, a Tai włączyła jakiś film.
[…] Jakieś 20 minut po 22do domu wbiegł zdyszany Jonathan. Oboje z Tai spojrzeliśmy na niego nic nie rozumiejąc.
- Co Ty tu robisz? – Spytała zaskoczona Taiga.
- Suzanne. To znaczy, poszliśmy na łowy i ona… - zaczął dysząc ciężko
- No mów wreszcie! – Zniecierpliwiłem się.
- Pojawił się Lucyfer i jej matka, którą potem Suz zabiła. Lucyfer się na nią rzucił, kazała mi tu przybiec i… - zaczął
- Zostawiłeś ją tam samą?!
- Kazała mi! – Zawołał
- Jose uspokój się – nakazała Taiga.
Spojrzałem na nią i zerwałem się z kanapy.
- Jose gdzie Ty… - zaczęła
- Jeśli za półgodziny nie wrócę, dzwoń do moich rodziców. Znasz włoski?
- Tak – przyznała nie rozumiejąc.
- Więc powiedz po włosku, że Suz wie.
- Ale co wie.
- Oni zrozumieją – odparłem i pobiegłem do swojego pokoju. Wyciągnąłem czarny plecach. Wszystko miałem tam przygotowane. Apteczka, mikstury, morfina, bandaże, leki przeciwbólowe, maści, broń… Zarzuciłem plecak na swoje ramiona i zbiegłem na dół, zakładając w pośpiechu buty.
- A kurtka? – Westchnęła ciężko Tai.
- Nie potrzebna mi – burknąłem i razem z Jonathanem wybiegliśmy z mieszkania.
Jonathan biegł pierwszy jako, że to on znał drogę. W końcu wbiegliśmy do parku. Wokół jednego z drzew stłoczyły się wszystkie demony z całego parku. Moje oczy się rozszerzyły gwałtownie, gdy zobaczyłem klękającego nad kimś Lucyfera.
- Suzanne! – Wrzasnął Jonathan i ruszył w tamtą stronę.
Lucyfer zerknął na nas, wstał i po chwili zniknął razem z demonami.
 Dostrzegłem Alec’a, który próbował wcześniej przedrzeć się do Suz przez demony. W końcu wszyscy dobiegliśmy do niej. Rozchyliłem usta Suzanne i wlałem do jej budzi płyn, wzmacniający runy, które teraz Jonathan i Alec kreślili wokół każdej jej rany. Była niemal pocięta po całym ciele. Rany kłute, cięte… Runy mało co dawały.
- Ratuj ją do chol*ry! – Wrzasnął Jonathan
- Staram się, ale nie chcę aby dziecko też zginęło… - Warknąłem patrząc na niego.
Jonathan zamarł wbijając we mnie wzrok, a Alec zastygł w połowie kreślenia runy.
- Jak to ‘dziecko’? – Powtórzył Jon.
- Jest w ciąży. Nie wiesz? – Spytałem zaskoczony.
Pokręcił przecząco głową, a ja zacisnąłem usta w wąską kreskę, może nie powinienem był tego mówić.
- Od kiedy wiesz?
- Od kilku sekund. To czuć – westchnąłem.
Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Złapałem go za rękę i położyłem na brzuchu Suzanne. Odetchnąłem głęboko i zacząłem szeptać odpowiednie zaklęcia, aby móc spleść nerwy Jonathana i moje w jedno. Jonathan gdy poczuł jak bije serce, szybko i nierównomiernie oderwał rękę. Skrzywiłem się i szybko rozplotłem nasze nerwy.
- Następnym razem uprzedzaj – fuknąłem.
- To może być serce Suz – zauważył.
Pokręciłem przecząco głową.
- Jej serce nie bije od minuty – przyznałem z trudem.
Oboje spojrzeli na mnie przerażeni. Mój telefon zaczął wibrować w kieszeni. Ledwo przystawiłem go do ucha, a usłyszałem krzyk matki.
- Suz żyje?!
- Nie – powiedziałem cicho.
- Gdzie jesteście?
Podałem im szybko współrzędne.
- Zaraz będziemy
- Dobrze, tylko weźcie duży samochód.
- Jak duży?
- Pięć osób i ciało Suz.
- Uratujemy ją – odezwał się w końcu Camillo, mój ojciec.
- Mam taką nadzieję – westchnąłem ciężko i się rozłączyłem.
Widziałem załamanego Jonathana i wyciągnąłem tabletki uspakajające.
- Weź to – rozkazałem.
- Nie chcę – wymamrotał wbijając niemal tęskny wzrok w twarz Suzanne.
Zamknąłem jej powieki i pocałowałem w czoło. Po niespełna dwóch minutach podjechała mini ciężarówka. Jonathan nawet nie pozwolił mi wsiąść jej ciała na ręce. Sam nią niósł. Otworzyłem mu drzwi od tyłu. Usiadł z Suz na kolanach. Trzymał ją kurczowo przy sobie. Alec usiadł ze mną w milczeniu na tyłach, a moja mama i ojciec siedzieli z przodu.
- Jak długo?
- Kwadrans – przyznałem spokojnie.
- Możemy jeszcze dać radę- przyznała z wahaniem mama.
- Rytuał? – Spytałem z wahaniem.
Przytaknęła głową.
- Masz nóż? – spytał ojciec
- Zawsze – przyznałem.
- Przyda się – zapewnił.
Zatrzymaliśmy się niedaleko wielkiej polany. Jonathan poszedł razem z nią na środek. Położył ją na trawie, którą otaczały drzewa bzów – białych i fioletowych. Uśmiechnąłem się delikatnie. Jonathan wybrał miejsce, że Suz leżała pośrodku polnych kwiatów, które zawsze uwielbiała. Jon położył głowę mojej przyrodniej siostry na swoich kolanach. Usiadłem obok niego, mój tata usiadł po jej prawej stronie, a mama po lewej. Alec usiadł w nogach zmarłej. Wyciągnąłem kielich ze srebrnych stopów i sztylet. Rozciąłem sobie żyły na lewym nadgarstku i ustawiłem dłoń nad kielichem, do którego zaczęła skapywać krew. Zacząłem szeptać cicho prośbę, bo natury jak i zmarłych.
- Dimitte mortuos mulier sanguine vitam restituere fetus, qui mortuus est in bello: Verus Venatores
( Z łaciny: Niech zmarli przyjmą krew naszą, aby przywrócić życie kobiety i dziecka nienarodzonego, co polegli w bitwie jak na Łowców przystało )
Gdy mój ojciec rozciął sobie rękę również zaczął szeptać prośbę. Mama również po chwili do nas dołączyła. Gdy kielich się przepełnił, i zaczął wylewać na Suzanne, nasze rany się zasklepiły. Wyciągnąłem z torby małą fiolkę z zielonym płynem. Dolałem ją do naszej zmieszanej krwi.
- Obsecro itaque vitam restituere
( Z łaciny: Teraz prosimy, przywróć im życie )
Krew zamiast czerwona, stała się bezbarwna.
- Unieś jej głowę – poprosiłem Jonathana
Skinął głową i delikatnie ją podniósł. Rozchyliłem jej usta i wlałem trochę krwi wymieszanej z eliksirem do jej ust. Po chwili płyn przepłynął do jej żołądka i rozpłynął się po ciele.
- Co teraz? – Spytał cicho Jon.
- Modlimy się, aby zmarli wysłuchali i aby Suzanne została wskrzeszona – szepnąłem cicho. Rozlałem krew wokół nas, a kwiaty stały się bardziej żywe, większe, masywniejsze, a ich kolory intensywniejsze. Usiadłem ponownie przy Suz. Jonathan odgarniał jej nerwowo włosy z twarzy. W końcu Suzanne nagrała gwałtowny wdech. Nie zwracając już uwagi na Suzanne, ja, Camillo i Elle położyliśmy dłonie na jej brzuchu.
- Nie ma… - szepnąłem cicho.
- Zabrali jako ofiarę – oznajmiła matka chłodno.
- To była dziewczynka. Jej matka, jej reinkarnacja – wyznał Camillo.
Jonathan i Alec patrzyli na nas dziwnie. Dopiero teraz zrozumiałem, że mówiliśmy po hiszpańsku. Oddech Suzanne stał się regularny po kilku minutach. Wciąż wszyscy siedzieliśmy na polanie. W końcu Suz poruszyła delikatnie kończynami, a jaj brzuch się napiął. Zerknąłem na jej ciało – wszystkie rany zniknęły. Odetchnąłem cicho. Dziewczyna po chwili otworzyła oczy i pierwsze kogo zobaczyła to Jonathana…

( Jonathan? )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz